Polskie Towarzystwo
        Tatrzańskie
Statut Historia Informacje Odznaki PTT Nowy Sącz Bezpieczeństwo GOPR Kontakt Księga Gości

"Beskid" Pismo PTTNS
eBeskid
Kroniki
Pamiętnik PTT
Biblioteczka
Śpiewnik
Twój "Mount Everest"
Jak zapisać się do PTT
Polary i koszulki
Biuro rzeczy znalezionych



Ogrody Biblijne w
                      Muszynie



Katalog Gwiazdor

Pajacyk - nakarm głodne dziecko -
                              PAH


Aktualizacja:
TWÓJ MOUNT EVEREST 2018


Zbliża się symboliczne zakończenie  sezonu - 14 października 2018. W związku z tym, przypominamy o terminie zbierania zgłoszeń do „Swojego Mount Everestu” 2018. Wszystkich chętnych zapraszamy do uczestniczenia w tym konkursie (jak zawsze będą nagrody!). Zgłoszenia przyjmowane będą do 8 października. Można to uczynić na dwa sposoby: drogą mailową na adres w.loboz@gmail.com, lub w formie papierowej pozostawić w Wakacyjnym Raju.




12.10.2018 V KONFERENCJA PROGRAMOWA PTT


V Konferencja Programowa PTT zaplanowana na 18 – 20 maja 2018 roku w Wiśle nie doszła do skutku z przyczyn niezależnych od organizatorów. Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego zaprasza ponownie na V Konferencję Programową PTT, która odbędzie się na Mładej Horze 12.10.2018 r. Konferencja poprzedzi  posiedzenie Zarządu Głównego PTT, które odbędzie się 13.10.2018 r. Zasady korzystania z pobytu w Schronisku PTT „Chyz u Bacy”, gdzie gospodarzy Józef Michlik, są następujące: odpłatność do puszki, na miejscu możliwość skorzystania z zupki. W bezpośrednim sąsiedztwie bazy 7 miejsc parkingowych, pozostałe miejsca parkingowe w odległości 400 m. Organizator Konferencji  V-ce Prezes PTT Zbigniew Jaskiernia sugeruje przyjazd uczestników w dniu 11.10.2018 r. w godzinach popołudniowych, aby sprawnie Konferencję odbyć od godzin rannych dnia następnego. Tematyka Konferencji obejmuje sześć paneli dyskusyjnych zawartych w załączniku.
Osoby, które zechcą reprezentować Oddział Beskid  na Konferencji , proszone są o zgłoszenie się do V-ce Prezesa Oddziału Zbigniewa Smajdora do dnia 21.09.2018 r. – tel. 505 411 803





Obaj z Władkiem widzieliśmy wiele, dopóki Władkowe oczy nie zaszły mgłą tak, że już prawie nie widzi wcale. Jestem więc jego przewodnikiem w patrzeniu na świa
t i ludzi, a tych u nas nie brakuje. Prowadzę też Władka niemal za rękę przez życie i pewnie, gdyby nie moja podpora, nie raz byłby Władek przepadł. Ale moje jestestwo zawdzięczam pracy Władka i Władkowej matki, której się biedaczce zmarło latoś; stworzyli mnie z marzeń i potrzeby i od tamtej pory stanowimy spółkę. Od kiedy Władek niedomaga z oczami, sporo obowiązków przejął jego syn. Ktoś by pomyślał, że nasza praca ogranicza się do świadczenia usług hotelarsko-gastronomicznych. A to błąd. Gościmy u siebie ludzi dużych i małych, by zaznali wypoczynku, ukojenia, by zapomnieli o tym, co przykre, jednostajne, kłopotliwe i niemiłe czyli o tym, co codzienne życie czyni ciężkim. Mieliśmy w Białym Dunajcu wiele kolonii i obozów wypoczynkowych dla dzieci i młodzieży i latem, i zimą, ale tegoroczna grupa, która przyjechała na letni wypoczynek, szczególnie utkwiła nam w pamięci i sercu, nawet jeśli moje serce jest twarde. 



Przyjechali na dwa auta: z Nowego Sącza przywiózł ich mały, a z Łodzi duży, dostojny, niebieski autobus, w którym mogło pomieścić się choć ile uczniaków. Było ich tyle, co miejsc do spania. Dym poszedł radośnie z komina hej! wysoko, prosto w niebo, bo już kucharki pod blachą napaliły, a Władek zatarł ręce z radości, bo ledwie weszli już w każdym kącie pełno radości, śmiechu i zaraz śpiewanie się poniosło hen! ku górom. Grzeczne dzieci, ułożone, ale też żądne psoty – tak wyważone – po trochę w nich było wszystkiego, jak w każdym młodym człowieku. Trzeba się z takimi dziećmi, co to wszystkiego chcą w życiu spróbować, umiejętnie obejść i mi się widzi, że te panie, co z nimi były, to taką umiejętność miały. 

    Kobiety w kuchni – Władek mówi: baby, ale one na te baby tak się pieklą, że ja się wolę im nie narażać, bo drzazgi pójdą – zaraz nawarzyły dobrej strawy i tak te wszystkie nawarzone strawy przez cały pobyt wszystkim podniebienia głaskały, że się dzieci i panie nachwalić nie mogły naszych bab, buuu… kobiet. Cóż, porządna kuchnia, pod którą się pali, gary na blasze stoją, zupa powoli dochodzi i na wszystko inne też inna technika gotowania jest niż na palniku gazowym, to i jest co chwalić. A i Władek byle kogo na kuchnię nie zgada, więc kobiety przednie zatrudnia, a syn Władkowy, Tomek, to się nauwija, żeby najlepszych produktów kupić, o nauwija. Zaraz nam też dzieci zaśpiewały pięknie na początku i tak przed każdym posiłkiem śpiewały:

„Pobłogosław Panie z wysokiego nieba
Hej! Co by na tym stole nie zabrakło chleba!
Nie zabrakło chleba, nie zabrakło gruli,
Hej! Ani tej miłości do naszej matuli!”.

Zaś jak sobie pojadły to śpiewały tak:

„Dziękujemy, dziękujemy, smakowało.
Dobre było, dobre było i niemało!”

    A! No to już nasza specjalność, że ma być dobre i niemało, a do tego ładnie podane. Potem było jeszcze coś o ściereczce, żeby myła gary, nie oszczędzała rąk, z brudami się wzięła za bary i z kuchni powiedziała won!, ale czy to dzieciom tak się godzi śpiewać? To o tym właśnie nie wspominam.

    Mówili, że dzieci przyjechały, by się górom naprzykrzyć, trochę je podeptać, ale też popatrzeć jakie piękne, majestatyczne i że żartów z nimi nie ma. Miały też rozeznać czy im, górom, czegoś nie potrzeba – jakiegoś ratunku od człowieka. No to się dzieci nałaziły. Najpierw polazły na Glisne, wkoło za Dunajec, potem górą w kierunku Szaflar, znów przeszły Dunajec i się chybko wróciły. A że tam po drodze zobaczyły te baseny termalne to potem ino marzyły, żeby na nie iść, tylko się nie mogły zdecydować, na które, bo im podobno na jednych recepcjonistka podpadła tym, że nie potraktowała ich godnie, jak klienta, tylko przegoniła. W rezultacie wpierw poszły na te, co tam byli dla nich mili, ale tam mało atrakcji dla dzieci, więc wybrały się w końcu i na te drugie i tak im było dobrze, że poszły jeszcze raz.
    A te dzieci to nie były takie całkiem małe, to sobie nie myślcie. Małe były, owszem, potem trochę większe były i całkiem duże też. Ale dziecko to dziecko i nie każcie mi, staremu, mówić o nich inaczej.


 
   Oj, nachodziły się te dzieci po górach, najeździły tu i tam! Jak już z Glisnego Giewont zobaczyły, bo stamtąd wyżej i bliżej go widać niż z naszych oki
en, to już też za wędrówkami zatęskniły. Ale zaraz po Glisnem to się chciały pociągiem do Zakopanego przejechać, więc poszły na stację, zajechały i, jak każdy porządny ceper, połaziły po Krupówkach. Nakupiły se tam tego i tamtego, a to Władek dopiero powiedział, żeby serów i oscypków nie kupować gdzie indziej ino u sąsiada, bo wiadomo, że dobre i świeże. No to już na temat serów wiedziały. Ale czy co o Zakopanem wiedziały to ja już nie wiem, za to te ich panie w nocy zrobiły alarm i pytania o Zakopanem też były. Ale, że sobie dzieci znalazły w nocy na tym alarmie piękne bluzeczki, takie z owieczką i z napisem „Wielki Wypas. Hej!”, (że niby u nas taki wypas?), że potem już jeździły i chodziły na wycieczki ino w tych bluzkach – wszystkie tak samo – to widziałem i słyszałem i nawet Władkowi opowiadałem, bo on spał jak niemowlę w tym czasie. Mówił, że dzieci takie grzeczne, że w nocy nic nie było słychać, a on lubi takie alarmy, bo to już byli kiedyś u nas nawet harcerze i wyprawiali takie rzeczy. Potem jeszcze nasze dzieci z Wielkiego Wypasu miały parę alarmów i żaden Władkowego snu nie przerwał. A goniły się po boisku i po obejściu, a chichrały, a jakieś zadania rozwiązywały, że ho, ho! Ino się światło w reflektorach migało.

    To jak już dzieci były na Glisnem i na Krupówkach to trzeba było ruszyć dalej. Panie wzięły sobie autobus, żeby ich zawiózł z dziećmi pod Regle i tak parę razy. Raz były na Wielkiej Krokwi. Jechały wyciągiem na górę, akurat skoczkowie trenowali, to sobie dzieci popatrzyły. Spod Krokwi poszły trasą Pod Reglami w stronę Doliny Strążyskiej i do Doliny, ale po drodze weszły jeszcze
w Dolinę Białego. Zrobiły kawał drogi, no! przecież niektóre nieboraki małe były. A mówił im Władek, żeby przypadkiem w Olczy nie wylądowali, albo żeby się Olczan strzegli, bo to łobuzy znane wszystkim wkoło. Niby talent w rękach mają, bo ładnie kozikiem w drewnie rzeźbią, a jeszcze kiej kawałek lipy w ręce, to już najpiękniejsze cuda wychodzą. Ale nerwowy, kłótliwy i do bójki skory to naród i wtedy tym kozikiem tną i dźgają, gdzie popadnie, to wszyscy wiedzą, hej! No to się Olczan strzegły dzieci z paniami.

    Zaś kiedy indzie
j wszyscy z paniami pojechali aż na Słowację i tam z drugiej strony gór oglądali Tatry, ze ścieżki zrobionej nad koronami drzew w Bachledovej Dolinie. Widział to kto takie cuda? Wybudowali ścieżkę nad drzewami aż małe dzieci spać nie mogły w nocy, bo sobie wyobrażały jak też taka ścieżka może wyglądać i jakie też drzewa mają korony. A największe cuda, mówiły dzieci, to że na końcu ścieżki znajduje się wieża, na którą wychodzi się ślimakiem, taka wysoka, że się idzie ponad pół kilometra, a na samej górze jest rozciągnięta stalowa siatka, z dużymi okami, taka jak sieć rybacka na wieloryba i można po niej chodzić a nawet skakać i nikt nie spada. Jak te dzieci to wszystko potem wieczorem opowiadały, a ja słuchałem, to zdawało się, że i ja tam byłem i to wszystko widziałem i przeżyłem. Bo każdego wieczoru dzieciom jedna z pań, taka najmłodsza, czytała książkę. Wszyscy wtedy siadali w naszej świetlicy kołem na ziemi, światło przygasało i wszystkie dzieci słuchały tej książki. Ha! Rzadko w ostatnich czasach widuję dorosłych, którzy by książkę czytali, a co dopiero dzieci!? Cisza była jak makiem zasiał i jakby kiedyś nie było czasu na czytanie, to dzieci były smutne. Po czytaniu gasili światło i zapalali świecę i wszyscy mówili, panie też, co chcieliby z danego dnia zapamiętać i dlatego tyle się nasłuchałem i wiem, co się działo. A na sam koniec łapali się za ręce tworząc koło i śpiewali pieśń przyjaźni. I całkiem jak harcerze posyłali sobie iskierkę przyjaźni, ale to nie byli harcerze, a przynajmniej nie wszyscy. Aha! Całkiem na koniec śpiewali jeszcze:

„Dobranoc, dobranoc, jaka piękna jest ta noc
Takiej nocy życzę tobie, przyjacielu, dobranoc…”.

    I wtedy się wszyscy ściskali w kupie, a potem pojedynczo. Co to się działo każdego wieczoru!

    A w tej świetlicy to w ogóle wiele się działo. Na soboty i niedziele przyjeżdżał dorosły harcerz z
gitarą i wtedy on grał i wszyscy śpiewali. Gdy przyjechał za pierwszym razem, przywiózł dla wszystkich takie fajne kanapowe poduszki, żeby można było siedzieć na ziemi i nie marznąć, bo krzeseł nie starczyło dla każdego. W świetlicy był konkurs kiedyś talentów i konkurs gwary góralskiej, pokaz mody, a także dyskoteka, a raczej bal zwycięzców po olimpiadzie sportowej. W świetlicy na komputerze wyświetlane były filmy, które nakręcały dzieci z reklamą basenów termalnych a także filmiki, które panie nagrywały z innych występów dzieci. Naprawdę świetlica tętniła życiem, mimo że to lato było. O! Każdego ranka, oprócz sobót i niedziel, na oknie świetlicy stał głośnik, z którego płynęła melodia, w rytm której odbywały się na polu jakieś wygibasy w ramach porannej gimnastyki. Ale było śmiesznie! Część dzieci, zwłaszcza starsi chłopcy, woleli mieć normalną gimnastykę, więc nie tańczyli, tylko ćwiczyli na raz i dwa. Ale, ale! Przed gimnastyką witali dzień, tak jak żegnali – w kręgu ze splecionymi dłońmi, wszyscy się tak jakoś potrafili zapleść i tworzyli jedno koło; wtedy śpiewali refren piosenki Wolnej Grupy Bukowina „Bo nowy dzień wstaje na świata cztery strony”. To też było takie romantyczne, jak wieczorne pożegnania. A przez dzień, przed wycieczkami, po wycieczkach, na ciszy poobiedniej czy wieczorem dzieci goniły po polu i na boisku grały w piłkę, albo robiły jakieś gimnastyki, szpagaty i inne figury, że jakem stary, to takich nie widziałem.

    No i byli jeszcze wszyscy na Gubałówce. Wyjechali kolejką, potem poszli na Butorowy Wierch i zjechali wyciągiem z Butorowego. Szybko wtedy wrócili, bo deszcz ich gonił, ale przygód mieli sporo, bo podobno wyciąg z Butorowego Wierchu jest stary jak świat i jedzie bardzo powoli, bo ma taki napęd i właśnie dzięki temu, mówili, mogli się napatrzeć na Tatry, a były blisko, na wyciągnięcie ręki, jak to przed deszczem. Łąki i polany pod nogami kwitły liliową wierzbówką kiprzycą i podobno było przepięknie.

    Byli jeszcze raz w Zakopanem, w takim przybytku Escape House, tj. po naszemu dom zagadek. Podobno to była nagroda za konkurs czystości i wszyscy dostali nagrodę. Bo co rano była sprawdzana czystość w pokojach, w których mieszkały dzieci. I potem było wywlekane na forum, kto źle pościelił łóżko, kto nie pochował ubrań do szafy, albo do worka z brudami itp. To już, żeby o tym głośno nie mówić, dzieci sprzątały, że hej. A najlepiej z porządkami szło takim dwóm małym chłopaczkom, co to sami mieszkali w pokoju. Jak u nich było fajnie posprzątane i czysto… ale tylko w czasie, gdy chodziła komisja czystości, bo potem, to już mamuńciu, co się działo!


A na sam koniec, w przedostatni dzień, panie zabrały dzieci do Doliny Kościeliskiej i na Halę Ornak. Dzieci mówiły po powrocie, że to była najpiękniejsza ze wszystkich wycieczek, że wtedy dopiero zrozumiały słowa piosenki, którą śpiewają:

Na kamieniu
(Słowa i muzyka Witold Szewczyk)

W szmaragdowych dziąsłach zbocza,
Zębów skał matowy topaz,
W szybach słońca wyprzeźroczał,
Wiąz samotnik i skotopas.
W trawie podkasany bocian,
Ze świerszczami się ugania,
Szpaki płoszy kot dewociarz,
W zwiadzie drąży niebo kania.

Ref: Ostrężyny w kalin cieniu,
Poziomki oczy czerwone,
Na topazowym kamieniu,
Siedzę, dumam, patrzę, chłonę.
 
Potok gna na łeb, na szyję,
Niesie z sobą szał i szczęście,
Głowy skał omszałych myje,
Lub rozbija siłą pięści.
Wszystko ginie w jego głębi,
Wonne zioła mokną w trawie,
Oszalały świat się kłębi,
A w oddali, a na co dzień.

Ref: Ostrężyny w kalin cieniu,
Poziomki oczy czerwone,
Na topazowym kamieniu,
Siedzę, dumam, patrzę, chłonę.

    Szkoda, że tak szybko minął czas. Dzieci nam obiecały, że za rok przyjadą wszystkie. Niektóre nawet mówiły, że zabiorą młodsze rodzeństwo, albo koleżanki czy kolegów. Ciekawe, gdzie się pomieszczą? Można zrobić dwa turnusy, bo na jeden raz, więcej niż było teraz, już się nie zmieści. Wszyscy byśmy chcieli: gospodarze – Władek i Tomek. I kobiety w kuchni, bo im dzieci tak ładnie śpiewały, że aż przyjemniej im się te strawy warzyło. I ja – stary dom, który aż skrzypiał z radości, gdy takie dzieci, które przyjechały na letni wypoczynek z Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego Oddział BESKID w Nowym Sączu goniły po stopniach, skakały po izbach i hulały po wszystkich kątach, że aż czasami dach podskakiwał, a ja pykałem sobie dymem z komina jak gazda z fajeczki i długo będę miał o czym opowiadać. 

DWo


SZTANDAR DLA ODDZIAŁU BESKID PTT

Przypominamy o trwającej akcji zbierania funduszy na sztandar naszego Oddziału. W związku  z tym, zwracamy się z prośbą do członków i sympatyków Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego  o finansowe wsparcie na ten cel. Sztandar zamierzamy wykonać na XXX-lecie reaktywowania PTT w Nowym Sączu, które będziemy obchodzić w 2020 r.  Niech to będzie nasz wspólny wkład na świętowanie tego jubileuszu. Dobrowolnych wpłat można dokonywać w siedzibie Oddziału – Biurze Turystycznym „Wakacyjny Raj”.

Zarząd Oddziału



NASZ PATRON

PROFESOR FELIKS RAPF
1891-1972

Urodził się 11 stycznia 1891 roku w Tarnowie, w rodzinie Edmunda i Józefy. Szkołę powszechną ukończył w Zbarażu, naukę gimnazjalną rozpoczął w Tarnowie i kontynuował w Nowym Sączu. W latach 1909-1911 studiował na Politechnice Lwowskiej a 1911-1914 na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. Po wybuchu I wojny Feliks Rapfświatowej powołany został do służby wojskowej. Po demobilizacji na własną prośbę został przeniesiony do Nowego Sącza, z którym to miastem związał się na całe życie. Feliks Rapf uczył w I Gimnazjum i Liceum im. Jana Długosza oraz w żeńskim Gimnazjum i Liceum im. Marii Konopnickiej. Jako emeryt kontynuował działalność pedagogiczną.  Do końca życia był bardzo aktywny. Zmarł w Nowym Sączu 7 marca 1972 roku w wieku 81 lat i pochowany został na cmentarzu komunalnym przy ul. Rejtana.
Postać profesora kojarzy się jednak przede wszystkim z turystyką górską.  Pierwszą wycieczkę w Tatry odbył w 1903 roku. Począwszy od 1905 roku aż do wybuchu I wojny światowej, niemal każde wakacje spędzał w Zakopanem, poznając systematycznie Tatry. W lipcu 1908 roku zapisał się do Towarzystwa Tatrzańskiego. . Dnia 11 maja 1924 roku w czasie Walnego Zebrania Oddziału w nowosądeckim ratuszu, został wybrany prezesem Oddziału i pełnił tę funkcję przez 24 lata. Prowadził szeroką działalność publicystyczną, Dużą wagę przykładał do organizacji wycieczek górskich dla członków Oddziału, a przede wszystkim dla młodzieży szkolnej. Był nie tylko organizatorem ale pełnił tu też funkcję przewodnika. Jego pasją była fotografia.  Bardzo dużo czasu poświęcał znakowaniu szlaków w górach. Osobiście wyznakował 470 nowych szlaków turystycznych. Do historii polskiej turystyki wszedł jako autor nowoczesnego systemu znakowania.
Jego działalność przerwał wybuch II wojny światowej.  Natychmiast po zakończeniu wojny Oddział wznowił działalność i 6 czerwca 1945 roku ponownie funkcję prezesa powierzono Feliksowi Rapfowi. Z olbrzymią energią przystąpił do pracy, a przede wszystkim do odnawiania zniszczonych szlaków i odbudowy schronisk. Uruchomił też lokal Oddziału przy ul. Długosza oraz uporządkował i udostępnił bibliotekę Oddziału. Los PTT dopełnił się 16 grudnia 1950 roku, gdy na Zjeździe Delegatów , na polecenie władz Towarzystwo rozwiązało się, przekazując swój majątek PTTK które powołano dzień później. W 1956 roku został zmuszony do opuszczenia zajmowanego przez siebie mieszkania, w którym zlokalizowana była też siedziba Oddziału PTTK.
Postać profesora Feliksa Rapfa i jego zasługi dla turystyki górskiej nie zostały zapomniane. Jest on naturalnym patronem reaktywowanego w 1990 roku Oddziału „Beskid” Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego



W górach musisz wykonać pewien wysiłek bez zapłaty. Jest w tym mistyka, szukanie czegoś wyjątkowego. Do tego trzeba mieć pewną wyobraźnię, filozofię życiową. Nie każdego na to stać, nie każdemu się chce. Bo w górach nie ma granic, tam się szuka wolności. Są elementy rywalizacji, ale rywalizacji z postawionym celem, a nie z przeciwnikiem. Tam wciąż nie ma pojęcia: pierwszy, drugi, trzeci.
 
Krzysztof Wielicki


(...) mieścić się w wydarzeniach,

podziewać w widokach,
(...) wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;
I żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu
zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze

Wisława Szymborska



WYCIECZKI 2018



dzieci WYCIECZKI DLA DZIECI
rower  WYCIECZKI ROWEROWE
Turystyczna Korona Tatr TURYSTYCZNA KORONA TATR

Mały
                                  Szlak Beskidzki MAŁY SZLAK BESKIDZKI

WYCIECZKI SUTW


ARCHIWUM 2017
ARCHIWUM 2016
ARCHIWUM 2015
ARCHIWUM 2014
ARCHIWUM 2013
ARCHIWUM 2012
ARCHIWUM 2011
ARCHIWUM 2010
ARCHIWUM 2009
ARCHIWUM 2008
ARCHIWUM 2007


 
Informacje i zapisy: BP WAKACYJNY RAJ, ul. Sobieskiego 14a/2, 33-300 Nowy Sącz, tel./fax.(0-18) 444 29 22,  kom:  513 017 830, poniedziałek-piątek: 8-18, sobota: 9-13
Nr konta PTT o/Beskid:  Łącki Bank Spółdzielczy: 17 8805 0009 0047 4071 2000 0010

COPYRIGHT by JDB - 2007